Grzegorz (Greg) Wróblewski to jedna z najbardziej nieoczywistych postaci świata wyścigów konnych. Trener, hodowca, podróżnik i człowiek, który przez całe życie konsekwentnie udowadniał, że w sporcie konnym nie da się oddzielić wyników od psychiki konia.

Zaczynał w Polsce, na Służewcu i Partynicach, w czasach, gdy wyścigi wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Pracował w realiach, w których brakowało wszystkiego poza determinacją. Już wtedy był postrzegany jako ktoś „inny”: mniej zainteresowany tabelkami i czasami, bardziej tym, jak koń się czuje, myśli i reaguje. Startował również jako jeździec w gonitwach płotowych i przeszkodowych, a pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał także poza krajem, m.in. pracując w stajni w Szwajcarii.
Z Polski ruszył dalej, do Szwecji. Ten etap jego życia, rozpoczęty w latach 80., miał niemal filmowy charakter. Wyjechał tam z krnąbrnym ogierem Junga, koniem, z którym nikt w Polsce nie potrafił sobie poradzić i który miał zakaz startów. W Szwecji, pozbawiony zaplecza i środków, zaczynał niemal od zera. To właśnie tam, dzięki pomocy Huberta Dorii, stopniowo układał konia i… odniósł pierwsze wielkie sukcesy. Junga wygrał pięć gonitw płaskich, zachwycając skandynawskie środowisko wyścigowe.
Szwecja nauczyła go cierpliwości, uważności i długofalowego myślenia. To tam jego filozofia pracy z końmi naprawdę się ugruntowała. Wkrótce przyszły kolejne sukcesy, tym razem z wybitnym koniem Chyszów, który zwyciężał w najważniejszych wyścigach przeszkodowych w Szwecji. Nagrodę za jedno z tych zwycięstw Wróblewski odbierał z rąk królowej Sylwii, co na zawsze zapisało się w historii polskich wyścigów.
Międzynarodowa droga prowadziła dalej. W Niemczech Chyszów wygrał prestiżową gonitwę rangi Listed w Baden-Baden, zaskakując lokalne środowisko nie tylko klasą konia, ale i samym trenerem, długowłosym Polakiem w dżinsach, dalekim od stereotypu „zachodniego profesjonalisty”. Następnie przyszło zaproszenie do Stanów Zjednoczonych i start w Breeders’ Cup Steeple Chase, pierwszego w historii konia zza Żelaznej Kurtyny w tej gonitwie. Mimo choroby i wyczerpującej podróży Chyszów zajął ósme, a następnie piąte miejsce, budząc ogromny szacunek amerykańskiego środowiska.
Po sezonie 1995, w którym odniósł jeden ze swoich największych krajowych sukcesów, zwycięstwo w Derby na Służewcu z Numerousem, Wróblewski wyjechał na Bliski Wschód. W Abu Dhabi trenował konie arabskie należące do szejka Zayeda, prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tam nauczył się pracy w ekstremalnych warunkach klimatycznych i ogromnej presji sportowej, nie rezygnując ze swojego podejścia: koń zawsze był ważniejszy niż wynik.

Równolegle rozwijała się jego kariera w Europie Środkowej. Przez lata trenował konie w Czechach, gdzie zapisał się w historii wyścigów przeszkodowych jako trener legendarnej klaczy Orphee des Blins, która trzykrotnie z rzędu wygrała Wielką Pardubicką (2012–2014), jeden z najtrudniejszych wyścigów przeszkodowych na świecie.
Kolejnym symbolicznym momentem w jego karierze był triumf w Svenkst Grand National w Szwecji z koniem Her Him. Zwycięstwo to miało szczególny wymiar, nagrodę Wróblewski odbierał z rąk króla Szwecji Karola XVI Gustawa, co stanowiło wyjątkową klamrę jego wieloletniej historii związanej ze Skandynawią. Wcześniej nagradzany był przez królową Sylwię, a po latach, przez jej męża, co samo w sobie stało się symbolem ciągłości i skali jego kariery.

W trakcie kariery przylgnął do niego przydomek „Zaklinacz koni”. Choć sam uważał go za przesadzony i powtarzał, że nie zaklina niczego, po prostu słucha. Publikacje wielokrotnie podkreślały, że Wróblewski nigdy nie próbował dopasować konia do systemu. Zawsze robił odwrotnie, dopasowywał system do konia. Wolał przegrać gonitwę, niż wypchnąć konia ponad jego granice. Powtarzał, że tam, gdzie zaczyna się strach, kończy się nauka.
Jednym z najbardziej charakterystycznych, niemal anegdotycznych wątków jego historii są podróże. Dalekie od wyścigowego blichtru, pełne improwizacji. W prasie pojawiają się opowieści o przemierzaniu Europy z końmi, bagażami, a nawet… osiołkiem, z którym jeździł pociągami do Sopotu, ku konsternacji konduktorów. Ten motyw stał się symbolem jego drogi: trochę hippisowskiej, trochę buntowniczej, zawsze niezależnej.

Również wygląd nie pasował do stereotypu trenera wyścigowego: długie włosy, brak pozy, brak potrzeby bycia kimś „na pokaz”. Dziennikarze pisali, że bardziej przypominał filozofa albo wędrowca niż człowieka świata wielkich pieniędzy, co tylko wzmacniało jego legendę.
W ostatnich latach pozostaje aktywny sportowo. Sezon 2023 był jednym z najbardziej udanych w jego karierze: sukcesy koni trenowanych przez Wróblewskiego na torach we Włoszech, Francji, Czechach i w Polsce, m.in. drugie miejsce w Gran Premio Merano G1, zwycięstwa w gonitwach rangi G2 oraz triumfy w Wielkiej Wrocławskiej i Crystal Cup. W Czechach współpracuje blisko ze swoją partnerką życiową Ivaną Porkatovą, z którą wspólnie trenuje i wychowuje kolejne pokolenia koni sportowych. W 2022, 2024 i 2025 zwyciężał ponownie w Svenkst Grand National w Szwecji.
Dziś jego historia pozostaje aktualna bardziej niż kiedykolwiek. Bo w świecie coraz większej presji, szybkich efektów i sportowych ambicji, filozofia Grzegorza Wróblewskiego brzmi jak manifest: bez równowagi emocjonalnej nie ma sportu. Są tylko wyniki bez przyszłości.